Sin - Faust Kane

 :: START :: Podania

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Sin - Faust Kane

Pisanie by Sin on Sob Maj 12, 2012 7:51 am

Imię: Imiona... Tyle ich miał, z tylu korzystał by zamaskować to kim w rzeczywistości jest. Jedno za drugim, z roku na rok nie mal za każdym razem inne, wszystko by uciec jak najdalej, jak najdalej od przeszłości... Miał jednak jedno, tylko jedno prawdziwe imię, lecz dosyć... Specyficzne. I to poważnie, specyfika z tego imienia bije naprawdę mocno, bo czy łatwo znaleźć kogoś o imieniu Faust? No właśnie. To jest jego jedyne, szczere imię, lecz najczęściej jeśli już ktoś ma go jakoś nazywać, tytuułuje się pseundonimem "Sin". Czemu tak? Ciężko powiedzieć. Może po prostu tak mu wpadło w ucho i taki wybór? Może. Rzadko kto ma okazję poznać jego prawdziwe imię, w sumie tylko w papierach ono jest, a wszyscy którzy go znają nawykli do tytułowania go Sin, ot i tyle.

Nazwisko: I to się robi zgryz, mianowicie Sin od urodzenia jest sierotą. Jego ojciec zmarł krótko przed narodzinami, napadnięty w drodze ze swojej pracy do kochającej go kobiety, jego matki... Matka zaś umarła przy porodzie, i w ten sposób Sin został sam na tym świecie. Żadna rodzina ani ze strony matki, ani ojca go nie przyjęła, więc przygarną go sierociniec i od niego ma swoje nazwisko. Kane. Mimo to jednak, korzysta najczęściej z nazwiska Revenour, jakoby lekko akcentując swoją ojczyznę. Wielkie wyspy alias Wielką Brytanię.

Rodzina: Być może jakiś krewni żyją, lecz jeśli tak, to już prawdopodobnie są dziadkami. No, ciężko się dziwić, jeśli ma się ponad siedemdziesiąt siedem lat na karku, a wygląda się dalej na siedemnaście, prawda? Jep, właśnie o tym mówię. Jeśli więc istnieją jacyś krewni, z pewnością ani on nie powiąże ich ze sobą, ani oni jego ze sobą. Można rzecz że idealnie działa tu zasada "Oni nie interesują się mną, to ja nie interesuje się nimi."

Pochodzenie: Donghae. Tu ostatnio pomieszkuje, mimo iż los często zmuszał go do obierania ścieżek samotnego wędrowca. Nigdy nie mógł zamieszkać nigdzie na dłużej, zresztą wyjaśnienie macie nieco wyżej. Jak myślicie, jak osoba która się nie starzeje może mieszkać gdzieś dłużej, niż kilka lat? Jep, ja też nie wiem.

Wiek: Siedemnaście lat, chociaż wygląda na nieco więcej. Cóż... Wina genów, Anglicy zawsze wyglądają starzej niż w rzeczywistości są.
Wzrost: Sto osiemdziesiąt dwa centymetry. Optymalny wzrost, nieco wyższy niż przeciętność, ale bez przesady.
Waga: Jakieś siedemdziesiąt cztery kilo, dosyć optymalnie... Cóż, stresujące życie i ciągłe podróże pieszo raczej nie idą w parze z tyciem, prawda?

Wybrana Profesja: Egzorcysta. Może i owszem, jest to najtrudniejsza droga dla ludzi, lecz po prawdzie, Sin nigdy nie liczy na łatwość w życiu. Dostał od niego tyle ciężkich zadań, że z przyjemnością podoła jeszcze jednemu, jeśli nagrodą będzie to, że ludzie wokół będą bezpieczni, a bestia w nim choć raz do czegoś dobrego się przyda... Może i czeka go ciężkie życie jako egzorcysty, lecz jaki to za ciężar, patrząc na to kim w rzeczywistości jest? Ale póki co, uczeń.

Mocne Strony:
- Determinacja - Jeśli Faust naprawdę do czegoś dąży, jego determinacja nie ma sobie równych. Nawet jeśli coś zdaje się pozornie niemożliwe, jego determinacja potrafi sprawić cuda. Sam wierzy w hasło "tylko słabi mówią że coś jest niemożliwe".
- Zimna krew - Chłopak wypracował u siebie naprawdę lodowatą wprost krew. Rzadko co go potrafi ruszyć, czy przestraszyć. Zawsze chłodny i opanowany, jak jeszcze nie rzuci jakimś ironicznym lub sarkastycznym stwierdzeniem wprost w twarz swojego przeciwnika, który mógłby go bez większego problemu załatwić.
- Improwizacja - Faust jest jedną z osób, które potrafią na różne sposoby wykorzystać otoczenie wokół niego, lub wykorzystywać różne, często zaskakujące zagrania by wygrać. Potocznie określa się takowych mianem improwizatorów, i takie miano do niego pasuje.
- Obserwator - Jego natura nauczyła go czujnej obserwacji otoczenia. Lubi obserwować, chłonąć "algorytmy" zachowania, i potrafi wykryć gdy coś przerywa ciągły algorytm działania. Obserwacja pozwala mu również uczyć się zachowań przeciwników i znajdować w nich luki, by przebić się przez nie w odpowiedniej chwili.
- Intuicja - Przez tyle lat życia z potworem w swojej psychice, w ciągłym zagrożeniu i z nie mal paranoicznym lękiem wobec ludzi i całego świata wypracowała się u niego silna intuicja ostrzegająca go przed zagrożeniem. Prawie jak szósty zmysł, jednak bez przesady, nie wykryje zagrożenia metodą przejrzenia kogoś jak rentgenem, czy coś. Choć czasem wydaje się, że właśnie tak umie...

Słabe Strony:
- Schizofrenia - Jego najgorszy punkt w całym jego życiu. Jego druga połowa często atakuje niespodziewanie i w nieodpowiednim momencie, bombardując jego umysł myślami i emocjami, byleby tylko stracił kontrolę. Często potrafi to go zdekoncentrować, jednak wyuczył się z tym żyć i minimalizować "szkody" takich ataków. W skrajnych przypadkach druga natura potrafi przejąć kontrolę, a wtedy jest źle...
- Pewność siebie - Jego pewność siebie czasem jest dobijająco spora. Rzadko jest na tyle rozważny, by się wycofać, co w połączeniu z jego upartością i determinacją jeśli ma cel czyni z niego upartego bardziej niż całe stado osłów.
- Sztuczne elementy ciała - Sin posiada sztuczną rękę i pomimo noszenia jej w specjalnej, cholernie odpornej rękawicy nadal trafiają się wpadki takie jak przypadkowe odpadnięcie ręki. Poza tym posiada również przeszczepione oczy, które silniej niż naturalne reagują na ostre światło, przez co łatwiej oślepić go silnym błyskiem od zwykłego człowieka.
- Wstręt do broni dystansowej - Faust przejawia całkowitą niechęć do broni dystansowej takiej jak kusza czy łuk. Nie lubi jej, uważa je za "zbyt nudne". Jeśli już używa czegoś na dystans, to raczej broni do miotania pokroju noży, lub swoich własnoręcznie wykonanych broni chemicznych.

Umiejętności:
- Walka wręcz - Faust jest znamienitym wojownikiem w walce wręcz zarówno bez użycia broni, jak i używając różnorakiej broni, od sztyletu, na włóczni kończąc. Zdecydowanie ten rodzaj walki preferuje. Ramię w ramię, oko w oko.
- Akrobatyka - Jego zdolności improwizacyjne w walce i poruszaniu się są godne pozazdroszczenia, albowiem w czasie walki Faust często wykorzystuje różne, akrobatyczne zagrania do zdobycia przewagi nad wrogiem. Przewroty, salta, a nawet czasem ruchy istnie taneczne... Wszystko to by pokonać nieprzyjaciela.
- Chemia - Albowiem nadal jego umiejętności chemiczne nie wyginęły i czasem się przydają. Wytworzenie butelek z płynnym kwasem? A czemu nie? Z odpowiednimi składnikami zrobienie napalmu? Da radę, da radę. Prowizoryczne bomby oślepiające, lub hukowe, albo też prowizoryczne granaty dymne? Zda się, wszystko się zda. Można nawet i granaty robić z jego wiedzą. Z tą umiejętnością może tworzyć różne, ciekawe bronie służące bezpośrednio do walki, ale także i na inne sposoby, jak choćby środki odkażające, czy coś na styl sterydów.

+moc ze względu na bycie eksperymentem:
Morf - Na czym polega ta zdolność? Sin po użyciu jej przemienia się w ponad dwumetrową, humanoidalną bestię o wytrzymałej, łuskowatej skórze i pazurzastych łapach zamiast stóp i rąk. Posiada o wiele większą siłę, zwinność, zręczność i wytrzymałość oraz regeneruje się znacznie szybciej niż eksperymenty, a także większość bestii. Im dłużej pozostaje jednak w tej postaci, tym łatwiej jego "wewnętrznemu" demonowi przejąć nad nim kontrolę, więc stosunkowo krótko korzysta z tej mocy by wspomóc się w walce. Chociaż nawet kilka minut w spokoju wystarcza, by załatwić wszystkie "problemy".

Wygląd: Cóż, z pewnością nie da się odmówić Sinowi pewnej dozy ekscentryzmu w swoim wyglądzie, no, nie wspominając o tym że kilka elementów jego wyglądu z wymusu wygląda... Dziwnie. Na pierwszy rzut oka nie jest aż tak źle, jakby się wydawało, choć dobór ubrania nieco pozwala go kojarzyć z wyspą "robotów". Jego wzrost powyżej średniej nieco przyciągnie uwagę, ale w porównaniu do wielu innych, nie jest aż tak źle. Pierwsze co z pewnością rzuci się w oczy, to nigdy nie zdejmowana, czerwona bandana na czole. Czemu? Hm... Sposób na zamaskowanie blizn. Pomysłowy naukowcy próbowali mu się nawet tnąc wprost przez płat czołowy czaszkę dostać do mózgu, a efekty tego widać gdy Sin zdejmie bandanę, lecz jest to rzadkie zdarzenie. Posiada stosunkowo długie, kruczo-czarne włosy, które zazwyczaj stara się utrzymać w miarę proste, no ale jak to zwykle jest, nie zawsze jest takowa opcja. Idąc tą drogą dalej, w oczy patrzącego trafią oczy. Co w nich specyficznego? A no, jeśli nie nosi soczewek zmieniających barwę oczu, są one... Czerwone. Dosłownie, mają kolor nieco jaśniejszego szkarłatu, przez co jeśli się widzi je w takowej formie, z pewnością przyciągną uwagę. Na co dzień jednak, Sin skrzętnie ukrywa ich kolor pod soczewkami, które zmieniają ich kolor na ciemny-brązowy, najłatwiej taki kolor zrównać z czerwonym. Niestety, nie jest to ani nabyty kolor oczu, ani genetyczna modyfikacja... Jemu oczy zostały przeszczepione, ale o tym później. Jego rysy twarzy są nieco delikatne, w pewnej dozie azjatyckie, ale to podobnież przez matkę, która pochodziła z Japonii. Ciekawe, nie? No mniejsza z tym. Ma nieco bledszą cerę od zwyczajnych ludzi, ale nie jest to zbyt rażący element jego wyglądu, wręcz dodaje mu pewnej dozy uroku osobistego. Dalej idąc tym kierunkiem, trafimy na pozostałe części ciała. Cóż, mimo wszystko, Sin wygląda całkiem okazale, nie ma się czego wstydzić. Nie jest przesadnie umięśniony, choć takowego wyrzeźbienia ciała mu nie brakuje. Cóż, nigdy nie przepuszczał okazji do samodoskonalenia się, w tym też i ćwiczeń. Specyfika człowieka i tyle. Wracając jednak do wyglądu, pora na nieco mniej przyjemną część tego opisu. Blizny... Ciężko stwierdzić, gdzie on nie ma blizn. Blizny pokrywają jego ramiona (przedramiona też kiedyś, ale jakoś się zasklepiły), uda, łydki oraz w dużej mierze plecy a także całkiem spory kawałek klatki piersiowej. Wszak naukowcy musieli widzieć wszystko, także jak serce reaguje na pompowanie zatrutej krwi. Oprócz tego, posiada kilka, mało przyjemnych szram na czole, powyżej ciemnych, nieco krzaczastych brwi. Skrzętnie maskuje wszystkie blizny, choć nie zawsze mu to idzie zbyt dobrze... No, ale w większości da się wszystko zakryć. To jednak nie wszystko. Otóż, Sin miał mało przyjemną możliwość zostania pozbawionym prawego przedramienia. Naprawdę, bardzo, bardzo nieprzyjemna perspektywa, ale takową trafił. Jego prawę przedramię została całkowicie amputowane od łokcia, aż po palce. No, trudno się dziwić by odcięli od łokcia, a zostawili dłoń, nie? No właśnie. Wracając jednak do konkretów, Sin posiada w tym miejscu sztuczną protezę, która została w dodatku połączona z niezwykle wytrzymałą rękawicą, której material z jakowej powstała jest cholernie wytrzymały. Twardszy nawet od stali, żelaza, czy nawet tytanu... Może nawet twardszy od skał i diamentów. Sin jednak skrzętnie chowa ją w szerokich rękawach ubrań i wkładając szerokie, skórzane rękawiczki, byleby tylko nikt nie rozpoznał tego żelastwa na jego ręce. Na szczęście jednak, lewa ręka jest w porządku. Kwestia ubioru jest już nieco normalniejsza. Sin przeważnie ubiera się w odcienie czerwieni, ot, takie drobne "udziwnienie" z jego strony. Po prostu lubi czerwień. Nosi się najczęściej w ciemno-czerwonym ubiorze podobnym do kombinezonu osoby jeżdzącej na motorze, ale oprócz tego nosi również szkarłatnej barwy długi płaszcz, którym często "zamiata podłogę", ot, taki długi jest. Do tego czarne, skórzane, wytrzymałe buty, a na pasie ma specjalne sakwy na swoje "wyroby". Spokojnie pomieści trzy takowe i tyle mu wystarczy. Ale to nie wszystko. Sin w stanie szału, przemiany czy jak to tam inaczej nazwać zmienia się w coś, co można nazwać "pół bestią". W stanie tym zmienia się całe jego ciało, poza rękawicą, która tylko zaczyna delikatnie się jarzyć czerwienią. Cóż, wygląd jego jest różny po tej przemianie i często zależy od emocji.

Charakter: Ach tak, jak ten osobnik się zachowuje. A no, opisanie tego nie będzie zbyt proste z wielu, różnorakich przyczyn... Spróbuję jednak, mimo wszystko. Osobnik ten ma naprawdę duże problemy ze sobą, ze swoją psychiką. Będąc szczerym, on jest naprawdę psychicznie niestabilny. Na co dzień zachowuje się dosyć normalnie, jak na człowieka. Nie stroni od towarzystwa, ale też nie przyciąga takowego ku sobie. Nie lubi być w centrum uwagi, lubi jednak innych stawiać w takowym, zasypując ich różnorakimi pytaniami i chłonąc informację niczym radziecki odkurzacz ciągnie prąd. Gdy jednak już musi mówić, lubi często rozgadywać się, a także używać w dużych ilościach określeń sarkastycznych, bądź ironicznych. W swych wypowiedziach stara się być chłodny i opanowany, patrzeć na wszystko obiektywnym okiem. Lubi obserwować, słuchać, zdobywać różne informacje. Jest to w pewnej mierze jego ulubione hobby, zdobywanie wiedzy, które pozostało mu z przed sześćdziesięciu lat, gdy uczył się w szkole chemicznej. Jego humor w dużej mierze nie jest taki nie dojrzały czy głupkowaty, lubuje się w chłodnej ironii i sarkazmie, aniżeli w normalnych dowcipach. Rzadko się śmieje, ale jeśli już, często taki śmiech jest albo wyszydzający, albo naprawdę szczery, a którego kolwiek nie użyje, ludzie którzy go znają z pewnością się zdziwią go słysząc. Usłyszenie w jego głosie emocji to ciężka sztuka, albowiem rzadko nadaje jakieś emocje swoim słowom, poza chłodem i dystansem do rzeczywistości. Czasem ma pewne dziwne "odchyły", lecz jest to stosunkowo rzadkie, naprawdę... Nie będzie z pewnością tarzał się ze śmiechu czy coś, raczej robił dziwne rzeczy, jak choćby w jednej chwili ustawienie się bokiem do kogoś, zaklaskaniem i zaczęciem... Tańca. Tia, konkretniej takich jak te hiszpańskie, gdzie jest skoczna muzyczka na gitarze, marakasy i tak dalej. Mimo wszystko jednak, na jego twarzy zawsze tkwi subtelny uśmiech, który nadaje mu pewnej dozy człowieczeństwa w jego wyglądzie, a gdy widzi czyjąś krzywdę lub słabość, stara się pomóc. Jest na tym stopniu wyczulony, bo to że nikt jemu nie pomógł gdy była potrzeba, nie oznacza że on ma być taki jak świat. Wyczulony na punkcie dotknięcia go, i to bardzo. Gdy ktoś próbuje to zrobić, odtrąca go natychmiast i wyrzuca w jego stronę steki mało przyjemnych słów z nienawiścią w głosie, co wystarcza by od razu zniechęcić do dalszej rozmowy prowokatora zachowania. Nie uściśnie ręki, głównie przez to wyczulenie oraz przez to, że ma rękawicę, a gdyby ktoś go tak uścisną, poczułby że to nieprawdziwa ręka... A tego by Sin nie chciał. Na co dzień jest to po prostu zwykły chłopak, nieco chłodny i zdystansowany do rzeczywistości, lubujący się w humorze "dla dorosłych". Jednak cóż, nie zawsze ma tak różowo. Początkowo wspominałem o jego niestabilności psychicznej, jak ona się obiawa? Silnie, albowiem Sin cierpi na rozdwojenie jaźni. Posiada w sobie drugą istotę, nie nazwaną i nie pragnącą nazwy. Zawsze zwie ją "bestią" lub "demonem". Ta istota często naprzykrza mu się, atakując jego myśli różnymi słowami i własnymi, często po prostu złymi myślami. Na co dzień radzi sobie odcinaniem się od niego, skupianiem się na czymś innym, lecz gdy "demonowi" naprawdę się nudzi, potrafi zaatakować jego umysł z taką siłą, iż Sin zaczyna poważnie świrować. Mówi wtedy niezrozumiałym bełkotem, jego oczy stają się nieobecne, a jego ciało najczęściej pada na ziemię i wpada w drgawki podobne jak u osoby chorej na padaczkę. Wtedy jaźń Sina walczy z jaźnią demona, i nie zawsze wygrywa. Jeśli przegra, "demon" przejmuje kontrolę, ale ta kontrola nie jest aż tak widoczna i w sumie, wiele nie różni się od oryginalnej jaźni Sina. Jest tylko o wiele bardziej brutalniejsza, agresywniejsza oraz często bezwstydna i można rzec "bez manier", lecz nawet ona potrafi przywdziać "garnitur" eleganckiego zachowania, gdy chce czegoś, na czym jej zależy. Demon jednak naprawdę rzadko wygrywa, głównie przez to że Sin walczy z nim już od samego momentu gdy powstał, czyli od wielu lat... Naprawdę wielu lat, i uodpornił się na jego działania. Pewną cechą jest u niego to, że woli walczyć wręcz z użyciem tylko swojego ciała i ewentualnej rękawicy, niż walki bronią. Ot, takie udziwnienie jego zachowania, jedno z wielu.

Historia:

„Sometimes i'm tremble like a little child
And facing morning with a broken smile
Sometimes i'm crumble
when the shades come tough
Sometimes i'm feel that i can rule the world...”
Tak można pokrótce opisać to, jak zachowuje się Sin dzisiaj. Czasem trzęsie się ncizym małe dziecko, uśmiechając się krzywo na widok każdego nowego poranka. Czasem kruszeje gdy tylko ciemność go ogarnie zewsząd, a czasem czuje się tak, jakby mógł panować światem. Pełna skrajność, jep. No ale nie ma co od razu dawać wam tego, jak jest później, trzeba się skupić na czasach poprzedzających to wszystko. Kim był Sin wcześniej? Zwyczajnym chłopakiem, naprawdę zwyczajnym. Jego życie w dużej mierze to była zabawa i przyjemności, przerywane przez naukę w renomowanej szkole chemicznej, do której dostał się dzięki niezwykłej inteligencji, jaką wyróżniał się na tle innych. Wszystko było fajnie... Naprawdę fajnie.
Jak długo jeszcze będę na nich czekał?
Chłopak co jakiś czas przechadzał się w kółko, wpatrując się w swój zegarek na nadgarstku. Mieli się już zjawić dobre pół godziny temu, a jak ich nie było, tak nie ma. No, nie ma to jak liczenie na europejczyków, a zwłaszcza na punktualnych francuzów. Do poddania się Niemcom w II Wojnie Światowej to szybcy byli, a tutaj... Ech. W końcu, po jakimś czasie Faust ujrzał na horyzoncie trzy, zbliżające się postaci. Z początku już myślał że to nie oni, ale gdy zbliżyli się, a on spojrzał dokładniej, rozpoznał znajome osoby. Na jego twarz wpełzł subtelny uśmiech.
„No, w końcu. Myślałem że już nie dotrą... Ale co to za pomysł by na nich czekać tutaj? Co oni mają w planie?”
Faust uparcie wpatrywał się w nadchodzące osoby, zachodząc w głowę co oni tam jeszcze niosą ze sobą. Hm... Czy on o czymś nie zapomniał? Moment... Ach, no tak. Czekał już tu od godziny, bo miał być wcześniej i rozpoznać teren, no i w końcu są. No i nawet przypomniał sobie sklerotyk jeden czemu tu, w lesie się spotkali. Nie, nie pić. Przyszli postrzelać... Pograć w paintballa znaczy się. Czarnowłosy chłopak splótł ręce na klatce piersiowej, wpatrując się w wyraźnie nie spieszące się osoby.
Nie spieszcie się, naprawdę! Poczekam na was jeszcze kolejną godzinę!
Powiedział entuzjastycznie ze sporym uśmiechem, a gdy się zbliżyli, pierwszą rzeczą była wymiana uścisków dłoni, naturalna rzecz. Najsilniejszy uścisk oczywiście miał David Forsyth, znajomy który poszedł do szkoły sportowej. No, trudno się dziwić, zawsze lubił sport. Oprócz niego przyszli jeszcze Frank Sinclair, miła osoba lubiąca bawić się chemikaliami jak Faust i jeszcze trzeci, Gregory Spencer, najstarszy z nich. Był już w zasadzie w etapie zbliżania się wielkimi krokami do piekła zwanego maturą, więc wszyscy mu współczuli.
Macie sprzęt?
Spytał rzeczowo Faust, uśmiechając się lekko. Frank w odpowiedzi rozłożył ręce z szerokim uśmiechem na twarzy.
Wątpiłeś w to?
Chłopak prychną śmiechem.
Zawsze wątpię.
Na to, „zawodowy” atleta udał wielkie obrażenie się i prychną z dezaprobatą, po czym jednak znów się uśmiechną.
Czy ty się zmienisz?
Spytał, a na to Faust jedynie w reakcji miał wzruszenie barków. Wszyscy porozkładali sprzęt na trawie i zaczęli rozdzielnie ochraniaczy oraz gogli ochronnych, no i pistoletów paintballowych.
Gramy w jakiś specjalny sposób, czy zwyczajne każdy na każdego?
Pytanie Gregorego było zdecydowanie na miejscu, bo wszyscy kończyli już przygotowania do wielkiej strzelaniny. Przez kilka chwil trwała dłuższa cisza, więc najstarszy uznał to za potwierdzenie tych słów. Gdy już każdy z nich był gotowy, rozbiegli się w las, a potem na sygnał Franka jakim było rozpalenie niewielkiego, kopcącego się ogniska wszyscy ruszyli w różnych kierunkach. Obszar który sobie wybrali nie był zbyt wielki, więc w szybkim czasie się znaleźli. Faust pozostał stosunkowo długo nie zauważony, ale w pewnej chwili dostrzegł osobnika „do zestrzelenia”. David miał już kilka rozprysków farby na ubraniu, co świadczyło że ktoś inny też jest w pobliżu. Mimo to, Faust nie zamierzał był dla niego zbyt miły, tylko dlatego że oberwał już od kogoś innego. Z uśmiechem na ustach posłał w jego stronę kilka kulek farby, ale już przy pierwszym trafieniu zaczęło się robić ciekawiej, bo David poczuł że jest na celowniku. Bitwa szybko rozgorzała i Faust też oberwał od skrytego w zaroślach Franka, tylko gdzieś wcięło Gregorego... W pewnej chwili, takowy wyłonił się z krzaków zadyszany, i wcisną Davidowi swój pistolet, mówiąc dosyć wyraźnie by Faust usłyszał.
Jakby coś to mnie tu nie było.
Po czym pobiegł gdzieś. Jak się okazało, z oddali słychać było jakieś wrzaski kierowane w kierunku „smarkaczy i gówniarzy”, czyli najwidoczniej takowy pomylił się z celem i trafił przechodnia. Em... Oups.
„Hm... Chodu.”
Pomyślał Faust i obrócił się na pięcie, po czym podobnie jak Gregory zaczął wiać gdzieś poza las, by nie dać się „złapać” wściekłemu kolesiowi, który najwidoczniej łatwo nie odpuszczał. Koniec końców, cała czwórka spotkała się parę kilometrów od lasu, nieźle zdyszana i zmęczona.
Coś ty zrobił?
Spytał od razu rzeczowo David między kolejnymi oddechami, a Spencer zrobił na to niewinną minę.
Ja? Nic... Tylko pomyliłem jakiegoś przechodnia z jednym z was.
Na te słowa Faust parskną wyraźnym śmiechem.
Och, tak łatwo nas pomylić z takowymi? Pomyślmy, ciekawe jak wielu przechodniów od tak nosi gogle ochronne i ma w dłoniach pistolety paintballowe...
Frank na słowa Fausta wykonał gest ręką, jakby go „gasił” po czym prychną cicho.
Wystarczy, nie musisz nas zaszczycać swoim poczuciem humoru.
A Faust znów tylko wzruszył wyraźnie barkami z lekkim uśmiechem na twarzy...

# # #

Cały kataklizm zaczął się jakiś czas po rozpoczęciu nowego semestru, a cała czwórka chłopaków utknęła na jednej z tych wysp, która przetrwała. Jakim cudem wszyscy trafili w jedno miejsce? Cóż. Faust i Frank wyjechali tam na finały konkursu chemicznego, David miał turniej w biegach dystansowych, zaś Gregory wraz z klasą mieli wyjazd rekreacyjny, by wypocząć przed piekłem matur. Jakimś cudem wszystkie te wycieczki trafiły do jednego miejsca, i cała czwórka się spotkała. To jednak co widzieli w telewizji i co do nich docierało przyćmiło radość z spędzania czasu w towarzystwie przyjaciół. Wszystko to o bestiach zostawiających za sobą trupy i krew, oraz o niszczycielskich falach brzmiało jak tandetny horror klasy B, ale było rzeczywistością. Każdego dnia widzieli jak ich przyjaciół i znajomych dotykają dziwne choroby, a takowi są wyrzucani na ulicę, na pożarcie dla potworów... Taki sam los spotkał Gregorego, w pewnej chwili zaczął po prostu chorować na chorobę o nienormalnych objawach, jakich nie widzieli wcześniej... A jeśli już, to raczej kojarzyli je z historią, z czarną dżumą która zdziesiątkowała Europę. Ale to była rzeczywistość, a Gregory po wykryciu choroby został po prostu wyrzucony na bruk, wprost w paszcze potworów. Mimo to, ani jeden z chłopaków nie tracił nadziei, że jeszcze go znajdą... Pewnego dnia po prostu poszli po niego, ot, bo taki mieli plan.

# # #

Wiesz że to nie jest dobry pomysł?
Doskonale o tym wiem, ale masz lepszy?
Nie.
No właśnie.
To była krótka dyskusja między Davidem a Faustem. To Faust był głównym pomysłodawca tego, by pójść po Gregorego, albo chociaż upewnić się, że ten jest martwy. Poszli bez żadnego przygotowania, jedynie mając jakieś latarki, prowizoryczne pochodnie i przysposobione bronie takie jak gazrurki, chociaż David akurat miał podwinięty z budynku szpitala toporek strażacki. Nie mieli planu, nie wiedzieli gdzie szukać... Ale wiedzieli że muszą znaleźć kumpla, więc szli uparcie naprzód, sami, lecz pełni optymizmu i odwagi. To co widzieli było niezłą scenerią do horrorów. Pełno krwi, ciemność, zniszczone budynki i zrujnowane ulice, pełne pustych samochodów. Zupełnie jak w jakimś filmie o zombi, tylko lepiej by to było widzieć na ekranie telewizora, niż w rzeczywistości.

# # #

To nie ma sensu, musimy się pogodzić z tym że Gregory jeśli nawet gdzieś tam jest, to w charakterze żarcia dla jednego z tych pieprzonych monstrów.
David znów wyraził swoją nie chęć do tego pomysłu, na co Faust po prostu odwrócił się i sprzedał mu prawego sierpowego w twarz.
On by nas nie zostawił, pomyśl o tym tak.
Oczywiście, duma chłopaka nie pozwalała mu się nie odgryźć, przez co obaj zaczęli się bić, i tylko dzięki szybkiej interwencji Franka nie doszło do rozlewu krwi, lub utraty uzębienia. Roztrącił obu i odsuną ich od siebie, po czym mówił odpowiednio do każdego z nich.
Poszukamy jeszcze godzinę, jeśli nie znajdziemy go, wracamy. Bez dyskusji.
Na to obaj coś burknęli na siebie, po czym już bez słów ruszyli dalej. Pałętali się już sporo czasu na terenach „zarażonych”, aż w końcu, w pewnej chwili Faust dostrzegł między budynkami bladego osobnika, który ślamazarnie pomachał im ręką. Faust na ten widok uśmiechną się wyraźnie.
To on! To Gregory!
Powiedział rozradowany, po czym ruszył biegiem, a pozostali obaj bez namysłu za nim. Jednak to co było dziwne to to, iż im bardziej się zbliżali, tym Gregory mocniej i bardziej odpychająco machał do nich, jakoby starając się powiedzieć, by odeszli stąd. W końcu, wydarł się na całe gardło, bo gesty nie pomogły.
Spieprzajcie stąd! Nie jesteście tu bezpieczni, dla mnie i tak nie ma nadz...
Przerwał w połowie słowa i spluną krwią na bok, po czym obejrzał się za siebie. Nim coś zdążył powiedzieć, jakiś ciemny kształt wciągną go w zaułek, a z takowego doszły ich wrzaski bólu i strachu Gregorego. Cała trójka zatrzymała się osłupiała w strachu, dopiero po chwili Faust jako pierwszy się z tego wybudził. Wyrwał Davidowi z ręki topór strażacki i spojrzał po nich dwóch karcącym tonem.
Na co czekacie? Jazda, trzeba ratować go!
Powiedział wyraźnie zirytowany, na co David wycofał się, machając bezwiednie głową w lewo i w prawo.
Nie... Nie zamierzam umrzeć.
Więc wiej tchórzu, idę sam.
Zginiesz...
To chociaż zginę za przyjaciela.
Po takiej dyskusji Faust zdecydowanym sprintem ruszył w kierunku zaułka. Nie bał się... Ciężko powiedzieć czy to była odwaga, czy głupota. Między tymi dwoma stanami jest nie wielka, krucha linia... I chyba Faust ją przekroczył w stronę głupoty. To co dostrzegł, wbiegając do zaułka spowodowało, że od razu zrobiło mu się słabo. Gregory był już martwy, rozerwany na strzępy przez istotę z kształtu podobną do ciemnosierstnego psa, gdyby nie fakt że takowy był chyba ze dwa razy większy od zwykłego... I był mięsożerny. Gdy tylko zwierzę wyczuło świeże mięso, podniósł swój zakrwawiony pysk i obnażył kły w kierunku Fausta. Ten złapał zdecydowanie toporek i warkną na stwora.
Chodź tu skurwielu, zrobię ci z gęby mięso mielone.
Po tych słowach stwora nie trzeba było zachęcać... Zaczął biec w kierunku chłopaka cholernie szybko, a Faustowi serce podeszło do gardła. Nie, to się tak nie skończy. Nie da się temu czemuś. Zamachną się toporkiem, lecz ostrze przecięło powietrze, gdyż psiak bez trudu odskoczył w bok, a w drugiej chwili skoczył na Fausta, bez trudu go przewracając. Chłopak odruchowo zasłonił się prawą ręką, którą pies mu dosłownie zmiażdżył szczękami. Faust bał się... Bał się że to już koniec. Szarpał się, próbował zepchnąć zwierzę, ale zdawało się warzyć tonę, a każde szarpnięcie jego ręki powodowało u Fausta silne wrzaski bólu. Pies już nie mal sięgał jego gardła, gdy nagły huk przeciął powietrze, a łep zwierzęcia eksplodował, zalewając chłopaka mózgiem, krwią i flakami psa. Faust zaczął się krztusić tym i pluć na boki, bo wszystko lało mu się na twarz, a to nie było miłe. Przez oczy zaćmione od bólu zobaczył dwójkę ludzi w niebieskich kombinezonach, przypominających do złudzenia ludzi od odkażania terenów skażonych.
Zabieramy go.
Powiedział zimnym tonem jeden z nich, a drugi bezpardonowo podszedł do chłopaka, wyjmując z podręcznej kieszeni strzykawkę i wbił mu igłę w tętnicę, wstrzykując coś... Coś co sprawiło, że Faust od razu usną. A co z Davidem i Frankiem? Nie wiadomo.

# # #

Pierwsze co Faust spróbował zrobić po przebudzeniu się, to ruch. Nic... Coś skutecznie blokowało jego ruchy, a on sam leżał... W dodatku w absolutnych ciemnościach. Próbował się ruszyć, ale nic mu z tego nie szło, a ból z prawego przedramienia był cholernie silny. W pewnej chwili, Faust usłyszał w bliskiej okolicy czyjeś głosy, więc postanowił wsłuchać się uważnie w nie.
Co wiesz o pacjencie alfa 46?
Chłopak, lat siedemnaście, wzrost metr osiemdziesiąt dwa. Zdrowy jak dotąd, ugryziony przez zmutowanego wilka.
Co w związku z ugryzieniem?
Nie rozumiesz? Być może jeśli uda nam się w odpowiedni sposób połączyć ślinę i DNA zmutowanej istoty jakie jest już w jego kriobiegu z jego własnym DNA, zyskamy dzięki temu możliwość do krzyżowania ludzi z tymi... Istotami i tworzenia niezwykłych istot.
Więc na co czekamy? Niech przysłuży się ludzkości.

Po wysłuchaniu tej rozmowy Faust był pewien, że nie będzie zbyt ciekawie. Ugryziony przez zmutowanego wilka... Mutacje, DNA, łączenie się łańcuchów kwasu deoksyrybonukleinowego... Tak, nawet w takiej chwili nie potrafi przestać myśleć chemicznie. Tym nie mniej, po chwili pomieszczenie rozświetliło się jaskrawym światłem, na co Faust odruchowo zamkną oczy, odwracając wzrok od przejmującego blasku. Cholera, co tu tak jasno...
Ach, obudziłeś się.
I wcale tym nie jestem zachwycony.
No, nawet w takiej chwili Faust nie traci swojego ironicznego poczucia wartości i humoru. Na słowa chłopaka mężczyzna, najprawdopodobniej lekarz po trzydziestce uśmiechną się lekko.
Nie narzekaj, przydaj się do czegoś ludziom.
Do czego?
Zakneblować go.
Nim zdążył coś powiedzieć, ktoś wcisną mu do ust szmatę i obwiązał ją sznurem, by Faust nie mógł nic powiedzieć. Dalej, już bez słów lekarz sięgną po przygotowaną wcześniej strzykawkę i bez niczego, a tym bardziej znieczulenia wbił ją w ramię chłopaka, zaś takowa igła sięgła aż do kości, wstrzykując jakąś zielonkawą substancję do ciała Fausta.. Chłopak zagryzł knebel z bólu, bo nie mógł zrobić nic więcej, po czym zagryzał go co raz silniej, a z jego oczu płynęły łzy bólu, zaś ciało wpadło w skurcze bólu i cierpienia.
Ciekawa reakcja... Nie tak silna jak u wszystkich. No, pokaż kotku co masz w środku.
Lekarz najwidoczniej miał niezłe poczucie humoru, bo po chwili wyrwał strzykawkę, sięgną po skalpel i bez jakiegoś słowa czy coś rozciął chłopakowi ramię gdzie wcześniej wstrzykną prawdopodobnie truciznę, i jak jakiś sadystyczny lekarz wpatrywał się w mięśnie. Zresztą, czy takowym nie był? No właśnie. Bólu było tyle, że Faust po prostu przegryzł knebel i wydał wrzask bólu, po czym z bólu popadł w ciemną nicość nieprzytomności, będącej niczym raj w porównaniu z bólem, który otrzymywał jeszcze przed chwilą...

# # #

Faust obudził się po jakimś czasie w jakiejś białej, oświetlonej sali z lustrem weneckim na jednej ze ścian. Podniósł się, i natychmiast padł na kolano, chwytając się za lewę ramię prawą ręką. Cholerny ból... Wydał z siebie silny wrzask bólu, po czym usiadł w kącie pomieszczenia, w bólu i cierpieniu przyglądając się sobie. Jego pogryzione przedramię było całe w bandażu, ramię które pocięte było zresztą też... Przy okazji wybadał też kilka innych ran, które najprawdopodobniej pojawiły się później, gdy odpłyną w ramiona cudnej nieprzytomności. Chłopak rozejrzał się po pomieszczeniu. Biel, wszędzie biel. Nawet nie było łóżka, czy stołu... Czuł się jak zwierze w klatce. Z każdą chwilą czuł gniew i irytację, narastającą furię z bólu i cierpienia... Podniósł się i zaczął bić w lustro weneckie pięściami, wrzeszcząc z gniewu.
Wypuśćcie mnie! Wypuśćcie!
Powtarzał kilkakrotnie, aż z wrzasków gniewu jego głos zmienił się w szloch, a on sam zsuną się po szkle na dół, podkulając nogi i obejmując je ramionami. On chce do swoich przyjaciół, jedynych istot które były jego rodziną... On nie chce tu być. Nie chce... W pewnej chwili, strażnik otworzył bezszelestnie drzwi, wsuną tacę z jedzeniem i wodą do środka, po czym równie bezszelestnie zamkną takowe drzwi. Faust dopiero po jakimś czasie zaorientował się, że tu jest jedzenie. Nie patrzył co to, czy czym to jest... Rzucił się na nie natychmiast i bez jakiejś etykiety zaczął jeść i pić, a w połowie posiłku zgiął się w pół, chwytając za brzuch. Czuł, jak wszystko skręca się w nim z bólu...
„Chcę do domu...”
Pomyślał, znów padając ciałem na posadzkę, przysuwając swoje kolana do twarzy i obejmując je rękoma, dygotając z bólu... I tak był niezwykle odporny na taki, co jest dziwne... Po chwili po prostu popadł znów w nieprzytomność, którą przywitał niczym wyczekiwaną ukochaną, której nigdy nie miał...

# # #

Każdy dzień był taki sam. Wyciągali go za ramiona z jego „celi” i targali do sal operacyjnych, gdzie podawali mu trucizny, a jego ciało kroili jak kawał świni na mięso. Jednakże, pewne dni były inne... Takie jak ten. Wszystko zaczęło się tak samo, wywleczenie do sali, spętanie na stole operacyjnym i zakneblowanie, bo widać nie lubili dyskusji z chłopakiem, który mimo wszystko nigdy nie tracił sarkazmu i ironii wobec nich, jedynie takowe nabierały na sile. Tym razem jednak, w pomieszczeniu były inne przedmioty. Nie było znajomych strzykawek z trucizną, lecz jakaś dziwna, sztuczna ręka i para oczu w słoiku. Gdy lekarz przyszedł, Faust spojrzał na niego pytająco i pomrukiwał coś, jakby pytał co tym razem w planie. Znajomy lekarz spojrzał na niego z szerokim uśmiechem.
Dzisiaj masz o wiele ciekawiej niż zazwyczaj. Ucinamy ci rękę do łokcia i wstawiamy protezę, cieszysz się, prawda? No proszę, nie mów że się nie cieszysz. Przecież każdy wie, że ta ręka cię cholernie boli, w dodatku, mutujesz w niekontrolowany sposób, a jesteś zbyt wytrzymały byś stał się nieudaną odnogą nauki. Przysłużysz się jeszcze na wiele sposobów... A właśnie, zanim zapomnę. Twoje zielone oczka już nie będą ci bruździć... Zmienimy je na tamte. Widzę, że jesteś zadowolony.
W rzeczywistości, Faust był nieźle przerażony tym, co usłyszał od lekarza. On chce mu uciąć rękę i wyciąć oczy! Nie... Faust spojrzał na człowieka błagalnie, a ten parskną śmiechem.
Dzisiaj, za bycie takim grzecznym pacjentem masz nagrodę. Uśpię cię... Obudzisz się z nową ręką i nowymi oczyma, ale i tak gówno zobaczysz, bo będziesz miał zabandażowane oczy. I radzę nie odwiązywać, bo ci wypadną z oczodołów i potem jeszcze je będziesz szukał na ślepo.
Lekarz po tych słowach dobył strzykawki z podręcznego schowka, po czym wbił chłopakowi takową w kark i wstrzykną żółtawy płyn, który po paru sekundach wprawił Fausta w błogi, miły sen... Tak daleko od bólu, jaki by miał gdyby się obudził...

# # #

Po przebudzeniu pierwsze co poczuł, to bandaż na twarzy, oraz ból na czole i w oczach. Czuł też dziwną pustkę, a zarazem pewne wypełnienie w miejscu swojej prawej ręki... Dotkną takowej lewą dłonią i poczuł twardy element pod nim. Żadnej skóry, czysta proteza... Czyli nie żartował. A jeśli nie żartował z tamtym, nie żartował też z oczami... Nie... Faust nie chciał wierzyć że ktoś mu wyciął oczy, ale zarazem bał się to sprawdzić. Jeśli facet mówił prawdę... Jeśli mówił prawdę... Nie, nie miał odwagi by to sprawdzić. Zawsze był odważny, lecz już nie teraz... Chciał umrzeć... Tak, to by było o wiele lepsze. Śmierć, jeden ból, ale kończący wszystko...

# # #

Śmierć? Z chęcią. Upadek z wieżowca i połamanie się, stratowanie przez byki? Kurde, mógłby nawet skoczyć i dać się w powietrzu staranować odrzutowcowi, a potem jeszcze uderzyć o ziemię, niż przeżywać to wszystko. Każdy dzień był już tak monotonnie bolesny, że każdy, następny dzień powodował jeszcze silniejszy ból... Ból... Co raz więcej bólu. Od pewnego czasu, Fausta dodatkowo zaczęły nachodzić jakieś głosy. Początkowo były to niezrozumiałe szumy lub jęki albo westchnięcia, i Faust myślał że już wariuje... Aż do teraz.
Siedział znów w swojej celi, licząc z nudów blizny na swoim ciele. Bandaż z oczu został już dawno zdjęty a on widział, lecz nadal nie mógł się przyzwyczaić do nowych oczu. Były jakieś... Dziwne. Widział ostrzej dzięki nim, znacznie ostrzej... O wiele prościej było mu dostrzec różne szczegóły, ale ostre światło jeszcze gorzej irytowało.
Czterdziesta druga... Czterdziesta trzecia... Czterdziesta czwarta...
Fauście...
Hę?
Faust rozejrzał się wokół, chcąc wiedzieć, co jest źródłem dźwięku. Parskną śmiechem, patrząc na szybę.
Niezły dowcip, naprawdę...
To nie oni.
Jak to? Kim jesteś?
Faust usłyszał w swej własnej głowie śmiech, potężny śmiech który sprawił, że naprawdę się zlękną. Co to jest? Czy on już do reszty zwariował? Chyba tak...
Zwij mnie jak chcesz, wiedz jednak że jestem w tobie od chwili gdy ugryzło cię tamto zwierzę... Ile to już minęło? Dni, miesiące, lata?
Nie... Nie wiem. Nie mam pojęcia. Więc... Czego chcesz ode mnie?
Och... Jestem twoim aniołem stróżem, mój drogi. Gdzie ty zawiedziesz, tam znajdę się ja. Dam ci siłę, dam ci moc...
Nie chcę.
Jeszcze będziesz chciał... Zobaczysz.
Nigdy...
I nastała cisza... Błoga cisza, przerywana jedynie oddechem Fausta. Czy to było naprawdę, czy może sobie tylko to wszystko ubzdurał? A może to tylko objawy postępującego obłędu... Tak, to z pewnością to. Obłęd, szaleństwo... No, idealnie komponuje się z cierpieniem i bólem.

# # #

Ten dzień był jakiś... Dziwny. Faust już nawet potrafił obliczyć dokładnie potrafił o której przychodzili po niego, ale dzisiaj wyjątkowo się spóźniali. Minuty... Faust odliczał uważnie i dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że spóźniają się już ponad pół godziny. To dziwne...
Czyżby nas zostawili?
Pewnie tak.
Faust prychną coś w powietrze, po czym przygryzł zęby.
Siedź cicho, nie pozwoliłem ci się odezwać.
Istota zamilkła, a Faust wsłuchał się uważnie w otoczenie. Cisza... Podniósł się i dotkną drzwi, pamiętał że otwierają się na zewnątrz. To co się stało, zdziwiło go. Gdy popchną lekko drzwi, te otworzyły się... Naprawdę się otworzyły. Faust wyjrzał głową zza swoją celę. Pusto... Inne cele są już pootwierane i puste.
Zostaliśmy tylko my, bestio.
Tak...
Faust poczuł niesamowitą ulgę i wiedziony tylko i wyłącznie instynktem ruszył przed siebie, idąc korytarzami i szybko gubiąc się w nich, ale po jakimś czasie znalazł schody na górę. Szedł i szedł, a błoga światłość padła na jego blade oblicze, tak dawno nie widzące światła... Oczywiście, odruchowo zasłonił oczy, które były wyczulone na światło, po czym wyszedł stamtąd. Gdzie był? Ciężko powiedzieć. Gdy przyzwyczaił się do blasku słońca, to co dostrzegł, nie było zbyt miłe. Zniszczony, zrujnowany krajobraz, płomienie, ludzie krzątający się tu i ówdzie w chaosie... No, świetnie. Ale i tak lepiej niż na dole. Z jego „nowych” oczu zaczęły płynąć łzy szczęścia, ale brakowało mu jednego... Ludzi. Chciałby tak bardzo z kimś porozmawiać, ot, po prostu. Takie ludzkie, malutkie marzenie. Straszne? Skąd że znowu. Strasznie to on wyglądał. Cały w bandażach, długie włosy, czerwone oczy, blada skóra, stroik pacjenta szpitalnego... Yea, fajnie. Bardzo fajnie. Mimo to, ruszył przed siebie boso z uśmiechem na twarzy, a gdy dojrzał jakąś wystawę sklepową z ubraniami, od razu wszedł do środka i zgarną pierwsze, lepsze ubranie, po czym odział się. Uf, chociaż troszkę cieplej, no i powierzchnia nie taka chropowata pod nogami. Lepiej... Po prostu lepiej. Ale był sam... Całkiem sam. Wyszedł stamtąd i ruszył spacerem przed siebie, wytężając swoje zmysły w poszukiwaniu ludzi. Chciałby po prostu kogoś znaleźć... Miast tego, znalazł trzy istoty, podobne do tej, która go zaatakowała tak dawno temu. Wyrośnięte psy... Trudno, niech go zeżrą, ale przynajmniej odpłaci się im z nawiązką. Faust zagwizdał na palcach z uśmiechem, po czym machną na psiaki.
Chodźcie tu, nażryjcie się mną.
Mrukną i od razu ruszył na nie szarżą, ale to co go zdziwiło, to jego prędkość... Był szybki. Nadzwyczajnie szybki, ale w pierwszej chwili nawet nie zaorientował się o tym, dopóki nie uderzył psa pięścią... Która dosłownie przeszła na wylot czaszki stwora, zabijając istotę na miejscu. Faust jednak nawet nie myślał, wiódł go instynkt... Przetrwania. Wyrwał dłoń ze stwora i wyskoczył w powietrze, po czym nurkującym kopnięciem wylądował butem z dużą siłą na drugim łbie psa, który po prostu wcisną się do środka, a stwór połkną własny mózg z kawałkiem kręgosłupa. W wypadku ostatniego stwora Faust uskoczył przed atakiem, po czym znalazł się przy psie w jednej chwili i złapał go za gardło, po czym wyrwał mu krtań i ciosem łokcia w pysk odepchną stwora sporszy kawałek od siebie. Dopiero teraz Faust mógł ocenić to, co zrobił. Wypuścił kości gardła z dłoni, po czym spojrzał na siebie. To... To było... To... On to zrobił? Ale... Jak?

# # #

Dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę z tego, że chociaż na to się przydało miesiące, a może nawet lata ciągłych tortur. Był znacznie silniejszy, wytrzymalszy, zwinniejszy... Był... Niezwykły. Był... Inny. Mimo to jednak, wciąż nie mógł znaleźć innych ludzi. Mijały dni, a on sam sobie radził w zniszczonym świecie w jakiś... W jakiś sposób, mając za towarzystwo jedynie drugą jaźń mówiącą do jego umysłu. Jep, ciekawe towarzystwo. Aż w końcu, pewnego dnia trafił na niewielką, trzy osobową grupkę ludzi i z rozradowaniem do nich podszedł, przywitał się, przedstawił... A oni potraktowali go paralizatorem i związali. Dopiero gdy odzyskał przytomność, spojrzał po nich i rozpoznał w jednym z nich znajomego lekarza, który non stop prowadził na nim badania... Wszystko jasne. Chcą mieć swojego „żołnierzyka”... Znowu. Nie znudziło im się? Rety.
Nie znudziło wam się to wiązanie i obijanie mnie? Myślałem, że dacie spokój.
Co? Miałbym od tak pozostawić swojego ulubionego pacjenta samego sobie? Oj, sądziłeś że jestem takim potworem?
Powinienem cię zabić...
Ale tego nie zrobiłeś.
Zrobię to...
A ja ci w tym pomogę.
Głos bestii był wyraźny w myślach, a Faust uśmiechną się wyraźnie do siebie, słysząc go.
Choć raz się przydasz... Co mam zrobić?
Sięgnij do swej duszy. Przenieś się swoją duszą do swego ciała, wprost do twojego serca... Wyciągnij stamtąd moją moc. Stań się mną...

Faust czynił tak, jak mu bestia kazała. Skupił się, przenosząc swoją jaźń wewnątrz swego ciała, sięgając po... Moc, do swojego ciała. I gdy zrobił to, czuł w sobie przypływ sił... Niezwykłych sił. Jego ciało zmieniło odcień na czarne, zaś jego włosy zbielały, a oczy zaczęły się jarzyć demoniczną czerwienią. Nogi zmieniły się w demoniczne odnóża, zaś dłonie zyskały pazury podobne tygrysim, i cholernie ostre. Faust nieco urósł, mniej więcej do dwóch metrów wzrostu i jednym ruchem uwolnił się z więzów z uśmiechem, po czym podniósł się do góry. Był... Inny. Całe jego ciało otaczała aura czerwieni, był nie mal jak te bestie, ale też... Inny.
Ostatnie życzenie?
Spytał z wyraźnym uśmiechem, po czym w jednej chwili znalazł się przy lekarzu i jednym ciosem w tors przebił go na wylot, po czym zrzucił z siebie, a następnie pojedyńczymi ciosami pourywał głowy jego pomocnikom, którzy do tej pory... Spali.
Kim... Kim ty się stałeś?
Wyseplenił lekarz, krztusząc się swoją krwią. Demonicznie wręcz zmieniony chłopak przykucną przy nim z uśmiechem.
Nie... To wy mnie takiego stworzyliście. To tylko wasza wina. Ach, właśnie. Masz ciekawe oczy...
Faust uśmiechną się, po czym pazurzastą dłonią wydłubał mężczyźnie oczy, a następnie kopnięciem w twarz zmiażdżył mu czaszkę.
Czujesz tą moc?! To teraz oddaj mi swoje ciało i pozwól mi być tobą.
Że co? Żartujesz?
Nie... Teraz ja chcę być tobą!
Nigdy... Nie jesteś na tyle ludzki, by być człowiekiem.
Wiem.

Jaźń potwora zaatakowała chłopaka, który padł na twarz na ziemię, zaczynając się zwijać z bólu i cierpienia, walcząc wewnątrz siebie ze swoim „wewnętrznym demonem”. Jego zmodyfikowany stan ustał, wszystko wróciło do normy, ale walka trwała dalej. Faust walczył, walczył ze wszystkich sił sam ze sobą... I wygrał. W końcu, demon dał za wygraną, a Faust podniósł się zmęczony do pionu, po czym usiadł pośrodku pobojowiska.
Dobrze, skup się i oceń fakty. Jesteś lepszy od ludzi, masz moc do przemiany w to... W to coś, ale nadal jesteś ścigany. Może... Może był ktoś taki jak ty? Tak, to dobry pomysł. Szukaj takich jak ty, maskuj to, kim jesteś. Zasłoń oczy, bo ta czerwień przyciągnie spojrzenia.
Ot, szybka ocena sytuacji, i plan gotowy. Faust podniósł się i posprawdzał, co mają przy sobie ci wszyscy ludzie. Jeden z nich miał okulary przeciwsłoneczne, no, dobra rzecz na start. Przy jednym z nich znalazł dziwną walizkę... Otworzył ją i to co znalazł, nieco go zdziwiło. To... To była rękawica. Spora, przypominająca złotą z wyglądu. Postukał w nią palcem. Twarda... A jego proteza już osłabła. Cóż, to chyba dobry pomysł. Włożył tą rękawicę na protezę. Hm... Lekka, bardzo lekka. Na test podszedł do najbliższego elementu otoczenia jakim była ściana i uderzył w nią rękawicą. Przebił się na wylot, a rękawica nawet nie miała zadrapania.
Mmm... Nieźle.
Pomyślał z uśmiechem, po czym przez chwilę zastanawiał się, czym jest jego rękawica. Przyglądał się niej uważnie kilka chwil. Wygląda jak złota, jest twarda, palce zakończone ostrymi pazurami... Co ona robiła w ich rękach? Może technologia eksperymentalna, jak eksperymenty na nich wszystkich? Może...

# # #

Co dalej się działo z Faustem? Znalazł towarzystwo zwykłych ludzi, po czym jakoś ukrył się między ludźmi, stając się niczym zwykła osoba... Przez cały ten czas stawiał sobie różne cele, jednym z ważniejszych było wybicie istot, przez które to wszystko się stało. Bestii, ludzi którzy mu to zrobili... Wszystkich. Radził sobie z wewnętrznymi demonami, poznał słabe i silne strony przemiany w „pół bestię”, poznał słabości i siły swojego nowego stanu. Podróżował... Ciągle w podróży, zostawał tylko na miesiące, może kilka lat w jednym miejscu, a potem dalej. Dłuższy czas zastanawiał się nad dołączeniem do Reeves school... To czego by się tam nauczył, pozwoliłoby mu spełnić jego cel, stać się wojownikiem który niszczyłby potwory... Egzorcystą. I kto wie, może znalazłby istoty takie jak on? Nigdy w zasadzie nie poznał nikogo takiego jak on, ale był pewien, że nie był jedynym... Gdy zamyka oczy, a czasem nawet na jawie słyszy wrzaski innych współtowarzyszy niewoli, a czasem widzi ich twarze, gdy jest wleczony do swojej sali, a inni do ich. Hm... Kto wie. Skąd pieniądze? Oj, przez sześćdziesiąt lat miał swoje sposoby na dorobienie się pieniędzy. Z tym akurat nie było problemu. Problem będzie z ludźmi... Z zamieszkaniem między nimi... Ale hej, bądźmy pełni optymizmu! Poradzisz sobie, Fauście... Skąd imię Sin? W pewnym sensie, zamiast przedstawiać się tak, jak ma na imię, przedstawił się jako Sin i tyle. Wolał uniknąć czegoś takiego, jak w wypadku ataku lekarza na niego. I teraz jest tutaj... Gotowy do nauki. Jep, siedemdziesięcio siedmio latek uczący się, tia... Ciekawe.
avatar
Sin
Uczeń
Zbiegły Eksperyment

Liczba postów : 34
Join date : 11/05/2012
Pochodzenie : Donghae

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Sin - Faust Kane

Pisanie by Ranthir on Sob Maj 12, 2012 10:43 am

Co do tej chemii to już rozmawialiśmy, ale napiszę jeszcze oficjalnie. Możesz mieć przy sobie max. 3 buteleczki 'mikstur'. Od ciebie zależy czy będą miały takie samo działanie, czy też różne. Właściwości nowo-wymyślonej substancji ustalasz jednorazowo ze mną czy z Kamirą, po czym wpisujesz je na pierwszej stronie w swoim pokoju i to właśnie tam je uzupełniasz, gdy ci się skończą.

Akceptuję.
avatar
Ranthir
Przewodniczący Samorządu
Zbiegły Eksperyment

Liczba postów : 100
Join date : 10/05/2012
Pochodzenie : Donghae.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 :: START :: Podania

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach